Niech się panu darzy...

opowiadanie wigilijne
Opowiadanie z tomu "9 wigilii" wyd. Świat Książki 2007

                        

                                 

Nie lubił świąt. Żadnych. Ani religijnych, ani państwowych. Nawet w dzieciństwie, kiedy oznaczały one głównie czas wolny i różne atrakcje.

Brakowało mu poczucia przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty. Pochodził z domu, jak zwano to górnolotnie, wolnomyślicielskiego. Z tej wolności jednak więcej było straty niż pożytku. Dwudziestowieczna Polska nie była siedemnastowieczną Holandią i za wybór niezależności płaciło się słoną cenę.

Od wiary - na tyle, na ile było to w tamtych czasach możliwe - zaczęli odchodzić już jego dziadkowie. Rodzice odeszli na dobre. Religia nie dawała się pogodzić z nowoczesnym światopoglądem, który od wczesnych lat wyznawali. Wydawała się czymś anachronicznym, a nawet siłą poważnie hamującą rozwój. Odstręczał ich fanatyzm i bezmiar kołtuństwa, drażnił klerykalizm i obskurantyzm. Niechęć do tego wszystkiego była w nich tak silna, że chcąc wziąć ślub wyłącznie cywilny, wyjechali aż do Katowic - jednego z nielicznych miast w przedwojennej Polsce, gdzie było to możliwe.

Postawa ta budziła wtedy w społeczeństwie nieufność. Rodziców postrzegano jako bezbożników, podejrzanych "postępowców", a najczęściej po prostu jako socjalistów, czy wręcz komunistów. Z którymi nie tylko nie mieli nic wspólnego, lecz których wręcz nie cierpieli - z powodu ich ideologicznego zaślepienia, a zwłaszcza uzależnienia od Kremla. Rodzice należeli do wąskiej warstwy ?oświeceniowej?, prozachodniej inteligencji. Bez błogosławieństwa Kościoła, bez zaplecza w Narodzie, bez oparcia w Klasie.

Po wojnie, w warunkach nowego ustroju, to wyobcowanie jeszcze się pogłębiło. Do wiary (jakiegokolwiek wyznania) nie było powrotu. Po tym, co się zdarzyło, byli dla niej straceni. Z drugiej strony, do nowych porządków odnosili się z obrzydzeniem i zgrozą. Rzeczywistość, która powstawała, nie miała nic wspólnego z ideałami, które były im bliskie: państwa świeckiego, sprawiedliwości społecznej, postępu i powszechnej oświaty. Widzieli, że wartości te są na każdym kroku sprzeniewierzane. Z przykrością obserwowali, jak wielu spośród ich dawnych znajomych - ze strachu, oportunizmu albo z urazów do przedwojennych rządów - angażowało się w tworzenie nowego ładu i podporządkowywało władzy.

Pozostali na uboczu. Lecz i to miało cenę. Rozwój zawodowy, kariera, pozycja materialna - to wszystko było trudniejsze. Najgorszy jednak był trujący efekt nieustannej negacji, nadmiar goryczy i smutku. Ich filozofia, skądinąd szlachetna, a polegająca na absolutyzowaniu pracy, okazała się niewystarczająca. Bo praca dla samej pracy, jako panaceum na wszystko, nie dawała szczęścia. Bez identyfikacji z czymś "poza", z jakąś nadrzędną wartością, stawała się fetyszem. A owej identyfikacji właśnie brakowało. Historyczne "dziś" było odrzucone; "wczoraj" - traktowane krytycznie; metafizyka - zakwestionowana.

Nowe święta państwowe budziły wstręt i pogardę. Zniesione stare wywoływały wprawdzie sentyment, ale nie do tego stopnia, by je po kryjomu kultywować. Boże Narodzenie, Wielkanoc i Zaduszki obchodzili bez wiary, jedynie na znak sprzeciwu, jako manifestację dystansu do ludowego państwa. Tak więc w czasie świąt silniej niż kiedy indziej odczuwało się to wyobcowanie. Dlatego nie lubił świąt. Dlatego wręcz się ich bał.

Ale najgorzej z wszystkich znosił wigilię Bożego Narodzenia. Bo do wiadomych bolączek dochodziła jeszcze ponura zimowa aura, a także - na przekór istocie tego święta - jakiś trudny do określenia rodzaj beznadziei. Tak było już w dzieciństwie, ale było to zrozumiałe. Sposób, w jaki obchodzono to święto u niego w domu, daleko odbiegał od powszechnych zwyczajów. Zamiast choinki z bombkami, świeczkami i srebrną gwiazdą na czubku, na stole stał wazon z kilkoma gałązkami jedliny, na których wisiało kilka koślawych ozdóbek z papieru. Zamiast sutej kolacji, pełnej przysmaków i słodyczy, do której zasiadała rozbudowana rodzina, jadło się we troje (bo rodziny nie było) tak zwany późny obiad, który niewiele różnił się od codziennego posiłku. Zamiast biesiadnego rozgwaru i kolęd panowało milczenie, przerywane z rzadka wymianą kilku zdań między rodzicami (na ogół na tematy, których nie rozumiał), a czasem muzyką poważną, jeśli akurat nadawano ją w radio. Zamiast sterty pakunków, piętrzących się pod drzewkiem, i kogoś przebranego za Mikołaja, były na ogół dwa, trzy drobiazgi opakowane w szary papier, przynoszone z drugiego pokoju i wręczane ze smutnym uśmiechem po kolacji. Zazwyczaj były to książki albo "coś praktycznego". Raz zdarzyły się szachy i te zapamiętał na resztę życia. Po tym rytuale rzecz dobiegała końca i wszyscy rozchodzili się do swoich kątów. Nie wiedział, co ma wtedy robić. Próbował czytać, ale nie za bardzo mu to szło. Siadywał więc w oknie i patrzył na opustoszałą ulicę i w okna sąsiednich domów, wyobrażając sobie, co się za nimi dzieje i o co w tym wszystkim chodzi.

Z biegiem czasu reagował na to święto coraz gorzej. - Przecież to zwykła bajka! - zżymał się jako młodzieniec. Niepokalane poczęcie, anioły, zwiastowanie... To wszystko jest zmyślone i to zmyślone ex post, aby umocnić wiarę w boskość tego człowieka. Ewangelie spisano w wiele lat po Chrystusie i to dopiero wtedy dodano ów początek, by się zgodziła całość. Gdyby te narodziny naprawdę miały coś w sobie zagadkowego, byłoby to z pewnością od razu odnotowane i sprawa ta by wracała w całej późniejszej historii. A przecież nie powraca. O blisko trzydziestu latach cudownie narodzonego prawie nic nie wiadomo. Gdzie był, co robił, co mówił? Czy w ogóle był świadomy swojej boskiej natury? I skoro na noworodku od razu się poznali zarówno mędrcy ze Wschodu, jak i prości pasterze, to czemu już później nikt, aż do Jana Chrzciciela? Czyżby było możliwe, by matka zataiła przed synem jego boskość? - Tak, to zostało dodane kilkadziesiąt lat później, kiedy już metodycznie, z pełną premedytacją tworzono fundamenty powszechnego kościoła. Wyszukano po prostu kilka faktów z tych czasów i powiązano je, tworząc stosowny mit.

A jednak tej fantazji nie tylko dano wiarę - stała się ona jedną z kluczowych ikon kultu. Dlaczego właśnie ona? Dlaczego właśnie taka? Czy słuszne jest, aby Bóg w ogóle schodził na ziemię i dawał się zobaczyć? A zwłaszcza by się wcielał w śmiertelnego człowieka? Co to właściwie znaczy? Czy nie jest to przypadkiem rewolucja grzeszników, pragnących drogi na skróty? Mieli już dosyć Ojca ?bujającego w obłokach? - surowego sędziego; mieli dosyć czekania na nadejście Mesjasza; uznali, że oto przyszedł - łagodny, wyrozumiały: Syn na ich podobieństwo.

Chodził w dni przedświąteczne, a zwłaszcza w samą wigilię, po głównych ulicach miasta i obserwował z niechęcią tłum zabieganych ludzi, obładowanych siatkami, torbami i pakunkami, kłócących się, pijanych i szturmujących sklepy, do których "rzucono" cytryny, pomarańcze i szynkę. - I co to ma wspólnego z jakąkolwiek świętością? - drwił w myślach z tej krzątaniny. Jak pogodzić ten festyn -tę pogoń za rzeczami i dziką walkę o jadło - z bólem i grozą narodzin jakiejkolwiek istoty, a co dopiero Boga?

A jednak późnym wieczorem, po wielu godzinach spędzonych w wyniosłej samotności (na ogół na lekturze jakiejś bezbożnej książki), znowu, tak jak w dzieciństwie, zaczynał patrzyć przez okno, aż wreszcie, powodowany niejasną ciekawością - jakimś pełnym sprzeczności dojmującym uczuciem - ubierał się i wychodził, by obserwować ludzi idących na pasterkę. Wślizgiwał się do kościołów, stawał gdzieś z boku pod ścianą i przysłuchując się mszy, usiłował zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Próby te były daremne, tyle że stygł w nim gniew. Miejsce politowania zastępowało współczucie. Wałęsał się potem długo ciemnymi ulicami, drążąc w myślach przyczyny własnego przyjścia na świat.

 

 

Epoka tych rozterek dawno już przeminęła. Od wielu lat był gdzie indziej, i dosłownie, i w myślach. Był profesorem fizyki, dość znanym, jeździł po świecie. Nie założył rodziny, pozostał samotnikiem, oddany bez reszty nauce. Święta przestały być dlań jakimkolwiek problemem: nie dotyczyły go, nie zwracał na nie uwagi.

Tym razem w końcu grudnia znalazł się w Amsterdamie. Zaproszono go tam na odczyt w Akademii, wygłaszany rokrocznie w tygodniu przedświątecznym przez jakąś osobistość. Wiązał się z tym obiad, wydany w pierwszy dzień świąt przez miasto i władze uczelni.

Perspektywa ta nie budziła w nim oporów ani niepokoju. Przyleciał dwudziestego drugiego, nazajutrz po południu miał swoje wystąpienie, a dzień kolejny miał wolny. Że jest to właśnie wigilia, uprzytomnił to sobie, dopiero gdy rano zszedł do hotelowej jadalni i zobaczył choinkę, a na stole kartonik z napisem "Christmas Menu - 24 grudnia". Ale i w tym momencie mało go to obeszło. Wróciwszy do pokoju, włączył swojego notebooka, rozłożył papiery i książki i zabrał się do pracy.

W ten sposób postępował od kilkudziesięciu lat. Godziny przedpołudniowe to był dla niego czas "święty", bez względu na dzień tygodnia. A jeśli coś wymuszało na nim odstępstwo od tej zasady, był już do końca dnia rozbity i rozdrażniony. Tym razem jednak nic takiego nie zaszło i w ciągu kilku godzin odrobił dzienne pensum.

Coś dziwnego zaczęło się dziać dopiero po południu. Poczuł nagle znużenie i postanowił się zdrzemnąć. Lecz nie mógł zasnąć, niepokojony myślami, które od pewnego czasu coraz częściej go nawiedzały, a które związane były z jego pracą. Zajmował się teorią chaosu i w miarę postępów stawało się dla niego jasne, że nie są one niewinne; że stwarzają podstawy do radykalnej zmiany interpretacji rzeczywistości, a zatem i jej samej. Taka zmiana należała wprawdzie do naturalnego porządku, skoro wywodziła się z jego umysłu, a jednak obawiał się jej. Rozumiał, że będzie nieodwracalna.

Wstał i wyjrzał przez okno. Na ulicy panował już mrok. W świetle latarni widać było nielicznych przechodniów. Odwrócił się i zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem. Wreszcie przebrał się i wyszedł z hotelu.

Z rękami w kieszeniach i pochyloną głową ruszył przed siebie, nie bacząc dokąd ani którędy idzie. W ten sposób bawił się ze sobą w okresie studiów, zafascynowany, że będąc podmiotem działania, nie panuje nad jego skutkami ani nawet przebiegiem. "Kto decyduje o tym, czy skręcam w prawo, czy w lewo, gdy wyłączam świadomość?" pytał samego siebie. Teraz, niespodzianie, powrócił do tej dawnej zabawy. Szedł, nie patrząc na nazwy ulic i zdając się na - nie wiadomo co.

Po mniej więcej godzinie znalazł się na opustoszałym placyku, gdzie obok zamkniętego już baru stała rozświetlona budka telefoniczna. Wszedł do niej, wrzucił monety i zatelefonował do matki w Warszawie.

Rozmowa była, jak zwykle, zdawkowa: Holandia, odczyt, pytanie o zdrowie. Gdy odwiesił słuchawkę, automat z brzękiem zwrócił pieniądze. Nawet więcej niż mu zaaplikował. Postanowił sprawdzić, czy był to jednorazowy wypadek, i wrzuciwszy monety ponownie, raz jeszcze zatelefonował. "Zapomniałem dodać", powiedział, "że N. prosił, aby cię gorąco pozdrowić. Wracam pojutrze." Automat znowu wypluł monety.

Zabrał je i opuścił budkę. Ale wkrótce przystanął, zastanawiając się, czy w spisie numerów kierunkowych na tabliczce nad automatem był również, jak mu się wydawało, numer do Izraela. Zawrócił, żeby to sprawdzić. Owszem, był. A pod nim trzy kierunkowe: do Tel Avivu, Hajfy i Jerozolimy.

Wahał się dłuższą chwilę, aż wreszcie uczynił to. Podniósł słuchawkę,  tym razem nie wrzuciwszy już monet, wykręcił numer Jerozolimy, po czym zamknął oczy i na ślepo wybrał jeszcze sześć cyfr.

Zamarł w oczekiwaniu. Usłyszał sygnał, dźwięk podnoszonej słuchawki, niski kobiecy głos. Przez chwilę nie odzywał się.

- Halo?! - powtórzyła kobieta.

- Przepraszam, mówi pani o angielsku? - odezwał się wreszcie.

- Tak, trochę, a o co chodzi?

- Dzwonię z zagranicy i od godziny nie mogę połączyć się z Sarah Herzog Hospital - zaczął improwizować. - Ciągle łączy mnie z jakimś innym numerem, jak właśnie teraz z panią. Najmocniej panią przepraszam. Proszę mi tylko powiedzieć, czy dodzwoniłem się przynajmniej do Jerozolimy.

- No, powiedzmy.

- To znaczy?

- Jakieś dziesięć kilometrów na południe. Tu jest Betlejem. - Zamarł. - Halo, jest tam pan jeszcze?

- Tak, jestem, tylko... Zdaje pani sobie sprawę, jaki dzisiaj jest dzień... 

Sure! Ale wydaje mi się, że nie musimy rozmawiać po angielsku - przeszła niespodziewanie na polski - prawda?

- Niesłychane! - wykrzyknął. - A skąd to pani wie?

- Jak to skąd? Po akcencie. My tu po akcencie od razu poznajemy, skąd kto pochodzi.

- A pani skąd pochodzi, jeśli wolno zapytać?

- Z Lublina. Wyjechałam w 68 roku. A pan?

- Ja z Warszawy. Teraz mieszkam w Kanadzie. A dzwonię z Amsterdamu... No cóż, w tej sytuacji wypada się chyba przedstawić - podał nazwisko i imię.

- Jak, przepraszam?

Powtórzył.

- Nie-nie, to niemożliwe - zaśmiała się.

Pomyślał, że go kojarzy, zrobiło mu się głupio. - Nic na to nie poradzę - bąknął skonsternowany. Jego obawa jednak okazała się mylna.

- Poznałam raz człowieka, który tak się nazywał. Możliwe, by to był pan?

- A kiedy to było i gdzie?

- W Polsce, bodajże w roku pięćdziesiątym dziewiątym. Wracałam z rodzicami znad morza lukstorpedą, jak wtedy to nazywali. Miałam trzynaście lat, on był ze dwa lata starszy i także z rodzicami wracał z wakacji w Sopocie, który nazywał "Zoppot". Pochodził chyba z jakiejś lepszej rodziny, rozmawiał z rodzicami po francusku, ale był bardzo naturalny i dobrze wychowany i miał niezykły wdzięk. Staliśmy w korytarzu wagonu pierwszej klasy, a on mnie bawił rozmową, jakby mnie znał od dawna. Mówił czasem o sobie w trzeciej osobie i wtedy zwał się "Leo". Brzmiało to tak mniej więcej: ?A teraz Leo zaprasza właśnie poznaną Lizbet? (mam na imię Elżbieta) ?au restaurant, na drażetki. Których z pewnością nie ma, tak że trzeba się będzie zadowolić dropsami. Oby chociaż te były! I nie lepiły się strasznie!? Na pożegnanie oświadczył: "Leo prosi o adres, by mógł się wkrótce odezwać, a uczyni to pewnie z bardzo dalekich krajów, gdzie żyją rajskie ptaszki, czyli z Nowej Zelandii, bo tam się właśnie wybiera." Podałam mu oczywiście, lecz nie dotrzmał słowa. Osoba o tym nazwisku i tym samym imieniu odzywa się oto dziś, w kilkadziesiąt lat później. Dlatego zapytałam, czy to aby nie pan.

- Nie, to nie ja, na pewno - odrzekł z poczuciem ulgi, ale i z przerażeniem.

- Szkoda.

- Dlaczego szkoda?

- Wiele by o tym mówić, nie ułożyło się życie... A tamta historia z pociągu, tamten przedziwny chłopak, to było coś szczególnego. Im dłużej o tym myślę, im dłużej w ogóle żyję, tym jestem tego pewniejsza. Właśnie dlatego szkoda, że to jednak nie pan. Niemniej to dzięki panu miałam przez chwilę wrażenie, że oto stał się cud. I za to panu dziękuję. Niechaj się panu darzy...

Na linii coś zaskrzeczało, po czym się łączność urwała. A gdy odwiesił słuchawkę, automat znowu wyrzucił trzy czy cztery monety. Poderwał ją natychmiast, chcąc znowu się połączyć, i wtedy zdał sobie sprawę, że przecież nie zna numeru.

.

  

 

510

 

.