Larkin

Philip Larkin

 

 

Wybuch

 

W dniu wybuchu cień się kładł

W stronę wieży ponad szybem:

Hałda żużlu spała w słońcu.

 

Chłopy ścieżką szły w gumiakach,

Kaszląc dymem, przekleństwami,

Odpychając świeżą ciszę.

 

Któryś za królikiem pobiegł,

Wrócił z gniazdem pełnym jajek.

– Skowronkowe. – Złożył w trawie.

 

Zarośnięci, w burych bluzach,

Przeszli przez otwartą bramę:

Śmiech, przezwiska, ojciec, brat.

 

O dwunastej gdzieś tąpnęło,

Krowy aż przestały żuć;

Słońce jakby mgła przyćmiła.

 

Zmarli wyprzedzają nas:

Wcześniej goszczą w domu Pana,

Wkrótce znów spotkamy ich.

 

Słowa te jak dzwon zabrzmiały,

Tak że żony tych z wybuchu

Zobaczyły ich przez chwilę,

 

Nie jakimi byli w życiu,

Lecz jak na monecie złotej,

Jakby ku nim szli ze słońca,

A z nich jeden niósł przed sobą

 

Ptasie jajka, nie rozbite.

 

 

Potomność

 

Jake Balokowsky, mój monografista,

Ma przed oczami mikrofilm tej strony.

W dżinsach i tenisówkach, w pokoiku

Kennedy Center, klimatyzowanym,

Siedzi i skarży się na swoją dolę:

„Już prawie rok się pieprzę z tym pierdzielem;

 

Chciałem wykładać w szkole w Tel Aviwie,

Lecz starzy Miry” – tutaj gest „mamona” –

„Cisną, bym zrobił profesurę... Dzieci!” –

Wzdryga się: „Co za temat! Dno zupełne!

Gdy tylko to odwalę, tego gniota,

Zwalniam się na co najmniej dwa semestry

 

I o Teatrze Protestu coś walnę.”

Wstali. Podchodzą do gabloty z Colą.

„Co to za typ? O Jezu! Szkoda słów!

Takie wypisy z cegieł z psychologii,

Żadnego czadu, zero akcji, nic –

Jeden z tych dawnych, mętnych naturszczyków”.