Beckett

 

Samuel Beckett

 

 

downs

 

downs

letnie dni w downs

idą złączeni rękami

ktoś kto kocha i drugi

ten który jest kochany

i wieczorem wracają

do szałasu

i noc

 

nie myślą

idą beztrosko

w słońcu złączeni rękami

ktoś kto kocha i drugi

ten który jest kochany

i beztrosko wracają

do szałasu

i noc

 

idą złaczeni rękami

aż skraj przepaści

i brzeg

i tam spoglądają w dół

wpatrują się w pianę

nie dalej

w pianę

w pianę i brzeg

 

nie mówią

idą w milczeniu

w słońcu

złączeni rękami

aż brzeg

i w milczeniu wracają

do szałasu

i noc

 

 

na moście

noc zimowa

wiatr

śnieg

tam teraz patrzy w dół

wpatruje się w strumień spieniony

czarny spieniony strumień

rwący naprzód co sił

 

 

nie myśli

wpatruje się w strumień

nic nie znaczący w dole

spieniony rwący co sił

noc zimowa

wiatr

śnieg

i nic co by miało znaczenie

 

 

piana i śnieg

jaśnieją

w świetle

latarni z nabrzeża

jaśnieją

ledwo widnieją

piana

piana i śnieg

.

nie stąd

 

tam i z powrotem w cieniu z wewnętrznego do zewnętrznego cienia

 

z nieprzeniknionego siebie do nieprzeniknionego nie-siebie

drogą nie stąd

 

jak między dwoma schronieniami gdzie pali się światło

lecz drzwi zamykają się cicho, gdy tylko się do nich zbliżyć

a gdy się tylko oddalić, znów cicho się uchylają

 

kuszony raz przez to, raz przez tamto, i oddalany z niczym

 

nie poznając drogi, zaślepiony jednym

to znowu drugim blaskiem

 

i tylko odgłos niesłyszalnych kroków

 

aż wreszcie stop, na zawsze

na zawsze poza sobą i tamtym

 

i wtedy nic nie słychać

 

i wtedy łagodnie niegasnące światło na to nie poznane

nie stąd

 

niewysławialny dom